Przyszła do nas długo oczekiwana zima. Co prawda to nie to samo, co w Polsce (tak właśnie mówią rodzice), ale i tak jest zimno.
Śniegu, takiego, jak w Salt Lake City, nie ma (choć poprószyło trochę raz), ale mróz czasami chwyta do -10 stopni Celsjusza.
Stoję już sama trzymając się rękami. Rwę się niesamowicie do chodzenia, ale jeszcze nie wiem, jak przekładać nogi. Raczkowanie za to ani mi w głowie.
Tata mówi, że na takim błyszczącym krążku zapisane mogą być różne informacje. Muzyka, moje zdjęcia, praca mamy i inne takie.
Mnie się kompakt podoba, bo fajnie błyszczy.
Panda pilnuje mnie, żebym nie spadła z nocnika.
Pomagałam rodzicom instalować kabelki w piwnicy. Tata zamienia się z mamą miejscami w piwnicy. Tam, gdzie tata miał warsztat elektroniczny,
mama teraz będzie składować swoje narzędzia ogrodnicze. A tata przeprowadzi się na miejsce mamy narzędzi ogrodniczych, tylko musimy tam
podłączyć prąd. Elektronika nie działa bez prądu.
Nie ma to jak centralna pozycja przy stole!
Ten spacer mnie nudzi. Proszę zapewnić mi jakąś rozrywkę!
Ach, gdybym tak mogłą sięgnąć po te owocki. To by się wtedy działo. Eksperymenty smakowe na całego.
Noszenie
na barana bardzo mi się podoba. U taty jest nawet wyżej, ale za to mniej bezpiecznie. Raz tata, jak mnie zakładał na barana,
to moją głową uderzył w lampę. Na szczęście bardzo lekko, ale i tak się ze strachu popłakałam.