Wszystko, co dobre, dobrze się kończy. W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o miejscowość Rotorua,
gdzie po raz pierwszy na własne oczy widziałam gejzery! Wszechobecny zapach siarki mi się zdecydowanie
nie podobał, za to bulgoczące bagno - bardzo. Podobali mi się również maoryscy wojownicy tak śmiesznie
wystawiający języki!
To moja pierwsza podróż kolejką linową. Wyjeżdżamy na górę niedaleko Rotorua. Na górze jest tor "saneczkowy", tyle, że
saneczki są na kółkach i można się na nich ścigać. Szkoda, że jestem zbyt mała na tę zabawę.
W ostatnim dniu naszego pobytu w Nowej Zelandii podjechaliśmy oglądnąć jedną z przystani jachtowych w Auckland
(West Harbour). Nie na darmo nazywają Auckland - The City of Sails - Miasto Żagli.
W drodze powrotnej mieliśmy przesiadkę w Seulu. Tym razem nie opuszczaliśmy lotniska, ale za to mama znalazła mi
poczekalnię - wyszalnię, gdzie się świetnie bawiłam. Tata znalazł darmowy Internet na lotnisku i wszyscy byli
zadowoleni.