Tongariro Crossing
to jedna z dziesięciu najładniejszych jednodniowych wycieczek pieszych na świecie.
Właśnie tam zabrali mnie moi rodzice w trzecim dniu pobytu w Nowej Zelandii. Tak
szybko? Już w trzecim dniu pobytu? Tata podobno sprawdził pogodę na następne dni
i nie wyglądała ona ładnie, więc zdecydowaliśmy się opuścić Auckland wcześniej,
niż planowaliśmy, by zdążyć złapać ładną pogodę na tę wyjątkową wycieczkę. Siedemnaście
kilometrów długości, prawie 1300 metrów zmiany wysokości i ponad 200 zdjęć, które
zrobił tata - rzeczywiście wyjątkowa wycieczka.
Wyruszyliśmy rano, o godzinie 8:00 z naszego hoteliku YHA w Ohakune. O godzinie 11:00
wyspindraliśmy się już pod masyw wulkanu Mt. Ngauruhoe, który w ekranizacji Władcy
Pierścieni pozował jako Orodruina - Góra Przeznaczenia.
Tata pozuje ze mną w dalszej części wycieczki. W tle również mamy Górę Przeznaczenia - Mt. Ngauruhoe. Na plecaku
taty możecie zauważyć moje śpiochy, które były tak mokre, że mama musiała mi je w te pędy zmieniać. Wbrew pozorom,
wcale ich nie przesikałam - tylko było mi bardzo ciepło, więc się mocno spociłam.
Wulkaniczny krajobraz z resztkami ustępującej zimy. W końcu to druga połowa listopada - czyli prawie koniec
wiosny w Nowej Zelandii. Jeziorka poniżej mają zielone zabarwienie z powodu wysokiego zmineralizowania
(tak przynajmniej twierdzi tata, ale ja jeszcze nie znam takich skomplikowanych słów). Według mnie to one mają
nawrzucane za dużo trawy i dlatego są takie zielone.
Tata się zmęczył i mama przejęła ważne zadanie noszenia mnie na tej wycieczce. Dotarliśmy do niebieskiego jeziora.
Woda w nim również jest wysoko zmineralizowana, ale innymi minerałami. Nawet podobno
nadaje się do picia, ale nie próbowaliśmy.
Po dziesięciu godzinach marszu (z przerwami na karmienie, przebieranie, robienie zdjęć i takie tam), dotarliśmy
wreszcie do końca szlaku. Mając zaledwie trzy miesiące i parę dni (no, prawie cztery miesiące) byłam jedną
z najmłodszych osób, które pokonały Tongariro Crossing.