Ani się obejrzałam, a tu nagle zrobił się koniec października. Przygotowywuję się duchowo i fizycznie
na wielką wyprawę za Wielką Wodę - pod koniec tego tygodnia jedziemy do Polski! Spotkam się tam z całą moją
dalszą rodziną - to cała masa ludzi.
W ogrodzie zaczęły kwitnąć jesienne kwiatki. Mama indoktrynuje mnie ogródkiem, ale ja mam w nosie jakąś
tam trawę pampasową!
Uśmiechy strzelam nie tylko do ludzi. Mama położyła mnie na chwilę na podłodze, a ja zajęłam się podziwianiem
fotela od spodu. Rodzice do tej pory nie mogą dojść, co tak mi się w tym fotelu od spodu spodobało...
Jak widać na załączonym obrazku indoktrynacja komputerowa jest częścią mojego codziennego życia...
Tata pomaga mi poćwiczyć łapanie. Sam ćwiczy natomiast akrobatykę -
bo jest ona potrzebna do zrobienia zdjęcia w takiej sytuacji.
Na naszej łące bardzo ładnie zakwitły kosmosy - te różowe kwiatki. Szkoda, że nie pachną,
ale cóż - nie można mieć wszystkiego.
Polacy wymagają, by moje zdjęcie paszportowe pokazywało mnie z lewego półprofilu z widocznym lewym uchem.
Tylko jak to zrobić, jak obiektyw aparatu jest bardzo interesujący i wcale nie mam zamiaru popatrzeć się w bok!
W końcu tacie się udało mnie zainteresować czymś z boku...
A oto przykład, co robiłam, gdy tata usiłował mi trzasnąć tę fotkę. Mama nawet zastanawiała się, czy by tego zdjęcia nie posłać, jako moje zdjęcie paszportowe!
Ubranko w krowy jest na mnie w sam raz. Po raz pierwszy, jak mi go mama ubrała zaraz po urodzeniu, to trzeba mnie było w nim szukać. A teraz jest w sam raz.
Czyż nieprawda, że zdjęcie warte jest tysiąca słów?
Wieczorny posiłek przy zachodzie słońca.